17.8.18

real rheine


 Kilkanaście lat temu, kiedy w lodówce były głównie negatywy i lakiery do paznokci, mieszkaliśmy w mieście Rheine. Trochę praca, trochę żeby zobaczyć, coś sprawdzić. Ostatnie kilka dni spędziliśmy w tym samym mieszkaniu. Po raz pierwszy zajrzałem do opuszczonej kawalerki na poddaszu. Na podłodze stał szary, tarczowy telefon.
Następnego dnia wróciliśmy. 














9.8.18

piąty srebrem pisany

Pierwszy raz wziąłem udział w plenerze jakimkolwiek i to od razu w piątym srebrem pisanym.
Jak dobrze działa tutaj interdyscyplinarna formuła będzie się można przekonać już w sobotę w galerii POD-NAD o godzinie 18.00.



 

Zacząłem nowy projekt i trochę kręciłem się po mieście. 

 


Poznałem wspaniałych ludzi. ds




Było wzornictwo przemysłowe i rzeźba współczesna.





 I pierwszy raz byłem w krótkich spodenkach na grupowym.




Wydarzyło się dużo dobrego. ]





5.8.18

Podobno wszystkiemu jest winien marshal

Podobno wszystkiemu jest winien marshal, który nie w te lewo pokierował peleton. Wyścig pominął ponad trzydziestokilometrową pętlę wokół Tarnowskich Gór, co ludzkim jest przecież błędem, a karawana - wiadomo, musi jechać dalej.

Nie jestem fanem kolarstwa, więc interesowała mnie przede wszystkim niecodzienna sytuacja, kiedy autokary światowych teamów zmieniają ulicę Sobieskiego w deptak.  W tym roku ekipy stawiły się dość późno, więc zamiast się przyczaić w dobrym kadrze na właściwy moment, przemierzyłem pospiesznie tam i z powrotem dwa razy i już był czas na start.

Człowiek ze złotym zębem poprosił o zdjęcie i odbiły się moje kolana w jego słonecznych okularach.











31.7.18

ostatni woodstock

Ostatni raz byłem na Woodstocku 19 lat temu. Zabrałem ze sobą trzy negatywy - po jednym na każdy dzień. Mimo szalonej atmosfery, promili i manualnej ostrości, większość zdjęć się udała, a jedno trafiło nawet na wystawę pokonkursową oraz zostało opublikowane w albumie "Przystanek Woodstock 1997-1999". W ciągu tych trzech lat ilość uczestników wzrosła z 40 do 250 tysięcy. Dzięki temu wiemy, że w ośmioosobowym przedziale drugiej klasy zmieści się ponad dwudziestu zdesperowanych woodstockowiczów, że namioty są z gumy i że nie potrzeba tysięcy ochraniarzy, aby z takiego spędu wrócić w całości. Miłość, przyjaźń i rock'and'roll.
 
Nie pamiętam konkretnych koncertów poza jednym - kiedy dość liczna ekipa uczestników zaopatrzona w plastikowe butelki i/lub cokolwiek wybijała przez pół nocy transowe rytmy na małej scenie. W pewnym sensie miało to charakter pierwotnego obrzędu czy plemiennej tradycji, było opętańcze i trwało kilka godzin, mimo nawoływań Jurka o przerwanie tego szaleństwa. Mam jednak wrażenie, że to nie jedyna sytuacja, która w dzisiejszych realiach jest nie do odtworzenia. Jak bardzo zmienił się festiwal oprócz nazwy, przekonam się chyba dopiero za rok. Póki co dzielę się kilkoma zdartymi kadrami z tamtych lat.







28.5.18

piekarski trening

Pojechałem na pieszą pielgrzymkę mężczyzn samochodem, z zamiarem fotografowania kobiet. Mam wrażenie, że było ich  znacznie więcej niż pamiętam z czasów analogowych. I nie mówię o tych sprzedających makrony, balony, oscypki, sznity czy dewocjonalia. Po prostu było ich całkiem sporo wśród uczestników, więc zamysł przestał być jakimś wyzwaniem na fotograficzny trening.  Zmienia się też charakter pielgrzymki - z pieszej na rowerową.

Jakiś ksiądz chciał usuwać mi zdjęcia z aparatu, jakiś billboard rzucał się w oczy bez informacji o ograniczeniu wiekowym,  jakieś dziecko płakało, że chce już do domu, kiedy inny ksiądz zdejmował sutannę schowany za namiotem. Wróciłem szybciej niż planowałem, w drodze do samochodu słuchając mimowolnie śląskich szlagierów.

Zrobiłem też kilka pionów, ale jakoś tu nie weszły.